Agata myła kubek po porannej kawie, kiedy Tomasz wszedł do kuchni i bez słowa zgasił światło.
— Po co się świeci? — mruknął. — Jest dzień. Prąd nie jest za darmo.
Kuchnia w mieszkaniu jego matki w Łodzi była ciemna nawet w południe, bo okna wychodziły na ścianę sąsiedniego bloku. Agata przez chwilę patrzyła na szarą pianę w zlewie, potem odkręciła wodę mocniej, żeby szybciej spłukać naczynia.
Tomasz natychmiast podszedł i przykręcił kran.
— Ile razy mam ci mówić? Nie lej tak. Woda kosztuje. Ty w ogóle rozumiesz, ile pieniędzy przelewasz do kanalizacji?
Agata wyłączyła wodę całkiem. Wytarła ręce w cienki ręcznik, tak sprany, że prawie przezroczysty, i usiadła przy stole.
— Tomek, patrzyłeś kiedyś na siebie z boku?
Mąż odwrócił się powoli.
— Zaczyna się?
— Pytam normalnie.
— Codziennie patrzę na siebie z boku. I co widzę? Normalnego człowieka. Normalnego męża. Normalnego ojca.
Agata prawie się uśmiechnęła. Nie z radości. Z tej gorzkiej bezradności, która przychodzi, kiedy człowiek przez lata tłumaczy to samo i nagle rozumie, że druga strona nie chce słyszeć.
— Naprawdę uważasz, że wszyscy mężowie są tacy jak ty?
— Do czego zmierzasz? Chcesz się pokłócić?
— Nie. Chcę ci powiedzieć, dlaczego jeszcze mnie nie zostawiłeś, chociaż mnie nie kochasz.
Tomasz prychnął.
— A czemu niby miałbym cię zostawiać?
— Bo mnie nie kochasz. Dzieci też nie kochasz. Nie przerywaj, proszę. Nie będziemy teraz udawać, że jest inaczej. Ja chcę powiedzieć o czymś innym. Ty nie odchodzisz nie dlatego, że jesteś przywiązany. Ty nie odchodzisz, bo jesteś zbyt skąpy.
Jego twarz stwardniała.
— Uważaj na słowa.
— Uważam od piętnastu lat. Właśnie dlatego wreszcie mówię dokładnie.
Byli razem piętnaście lat. Przez ten czas nie byli na morzu ani razu, choć z Łodzi nad Bałtyk jechało się kilka godzin. Nie byli w górach, nie pojechali do Krakowa, nie zabrali dzieci nawet na weekend do zoo w innym mieście.
— Bo to drogie — mawiał Tomasz. — Odpoczniemy, jak uzbieramy.
Zawsze zbierali.
Tylko Agata nigdy nie widziała tych pieniędzy. Jej pensja z biura podatkowego trafiała do wspólnej koperty, a potem znikała na koncie Tomasza. On prowadził tabele, zeszyty, aplikacje, wykresy. Wiedział, ile kosztuje jedna rolka papieru toaletowego, ile groszy pochłania czajnik i ile złotych miesięcznie można zaoszczędzić, jeśli pranie nastawia się po dwudziestej drugiej.
Dzieci, Zosia i Kacper, nosiły ubrania po starszych kuzynach. Agata chodziła w płaszczu, w którym była jeszcze na rozmowie o pracę przed ślubem. Kiedy prosiła o nowe buty, Tomasz mówił:
— A dla kogo ty się stroisz? Masz męża, dzieci. Nie jesteś nastolatką.
Mieszkali w czteropokojowym mieszkaniu jego matki, pani Krystyny. Dwa pokoje „dostali”, jak Tomasz powtarzał z dumą. Kuchnia była wspólna, łazienka wspólna, komentarze teściowej również.
— Mama nam pomaga — mówił Tomasz. — Powinnaś być wdzięczna.
Wdzięczność Agaty wyglądała jak codzienne liczenie kromek chleba, gaszenie światła, ciche pranie po nocy i dzieci, które wiedziały, że jogurt „markowy” kupuje się tylko wtedy, gdy jest przeceniony.
— Daj mi pieniądze — powiedziała spokojnie. — Kupię sobie i dzieciom normalne ubrania. Wynajmę mieszkanie. Zaczniemy żyć osobno od twojej mamy.
Tomasz spojrzał na nią, jakby zwariowała.
— Po co wynajmować? Mama dała nam dwa pokoje. A ubrania? Dzieci rosną. Nie ma sensu kupować nowych, skoro po chłopcach Piotra wszystko jeszcze dobre.
— A ja? Mam dalej nosić rzeczy po żonie twojego brata?
— Beata ma dobry gust. I rozmiar podobny.
Agata zamknęła oczy.
— Wiesz, co jest najgorsze? Że ty naprawdę nie słyszysz, co mówisz.
— Bo ty myślisz o szmatach, a ja o przyszłości. O bezpieczeństwie. O tym, żebyśmy mieli zapas, jak coś się stanie.
— Tomek, my już żyjemy tak, jakby to „coś” się stało.
W kuchni zapadła cisza.
— Oszczędzasz na mydle, na papierze, na jedzeniu. Z pracy przynosisz krem do rąk, który rozdają wam na hali. Kupujesz najtańszy makaron, najtańsze parówki, najtańszy ser, po którym dzieci boli brzuch. Jemy dużo, bo jemy byle co. Nie odpoczywamy. Nie cieszymy się niczym. Ty nawet uśmiech liczysz, jakby kosztował.
— Grosz do grosza…
— I kiedy zaczniemy żyć? — przerwała mu. — Powiedz mi datę. Jak skończę czterdzieści? Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Kiedy kupię sobie pierwszy nowy płaszcz? Kiedy Zosia przestanie udawać przed koleżankami, że lubi za duże kurtki po kuzynie? Kiedy Kacper pojedzie nad morze i zobaczy coś więcej niż fontannę pod blokiem?
Tomasz milczał.
— A jeśli nie dożyjemy? — mówiła dalej Agata. — Jeśli za te twoje oszczędności kupisz nam kiedyś tylko ładne znicze?
— Bez oszczędności człowiek jest nikim — powiedział w końcu.
— Nie, Tomek. Bez życia człowiek jest nikim.
Wstała od stołu.
— Odchodzę.
Tomasz zbladł.
— Jak ty sobie poradzisz?
— Normalnie. Moja pensja jest taka sama jak twoja. Wynajmę małe mieszkanie. Będę płacić rachunki. Kupię dzieciom nowe buty. Będę prać wtedy, kiedy trzeba, nie wtedy, kiedy prąd jest tańszy. Będę kupować papier toaletowy, który nie drapie. I będę czasem zamawiać pizzę, nawet jeśli domowy obiad wychodzi taniej.
— Nic nie odłożysz!
— Może nie. A może odłożę. Ale nie będę odkładać swojego życia na później.
— A dzieci?
— Będziesz płacił alimenty. W weekendy będą u ciebie i babci. Ty przecież zawsze mówiłeś, że rodzina jest najważniejsza. Będziecie mogli oszczędzać razem.
Tomasz nagle zaczął liczyć. Agata widziała to po jego oczach. Alimenty. Jedzenie dla dzieci w weekend. Podział oszczędności. Wynajem dla niej. Utrata jej pensji. I jeszcze najgorsze — wizja, że Agata wyda swoją część pieniędzy na coś tak nieodpowiedzialnego jak wakacje.
— Konto — powiedziała cicho. — To, na którym trzymasz nasze pieniądze, dzielimy po połowie.
— Jak to po połowie?
— Normalnie. Piętnaście lat brałeś moją pensję. Teraz połowa wraca do mnie.
— To są pieniądze na przyszłość!
— Tak. Na moją. I dzieci. Tylko że nasza przyszłość zaczyna się teraz.
Dwa miesiące później rozwód był faktem.
Tomasz do końca próbował przekonywać rodzinę, że Agata oszalała. Pani Krystyna płakała, że synowa niszczy dom. Piotr radził mu „walczyć o konto”, ale dokumenty były bezlitosne. Agata miała prawo do połowy.
Wynajęła dwupokojowe mieszkanie na Bałutach. Niewielkie, ale jasne. Pierwszego dnia Zosia zapaliła lampkę w swoim pokoju i zapytała:
— Mamo, mogę ją zostawić?
Agata odpowiedziała:
— Możesz. To tylko światło.
Potem poszły razem do sklepu. Kacper wybrał nowe trampki. Zosia kurtkę w kolorze, którego nie nosił wcześniej żaden kuzyn. Agata kupiła sobie płaszcz. Nie najdroższy. Ale nowy. Jej własny.
Latem pojechali nad morze do Ustki. Kiedy dzieci po raz pierwszy pobiegły do fal, Agata usiadła na piasku i rozpłakała się tak cicho, że nikt nie zauważył.
Wieczorem kupiła im gofry z bitą śmietaną.
— Mamo, to drogie? — zapytał Kacper.
Agata spojrzała na morze.
— Nie droższe niż smutne dzieciństwo.
Tomasz nadal oszczędzał. Mieszkał z matką, zakręcał wodę, gasił światło, odkładał pieniądze. Tylko że teraz, gdy wracał wieczorem do pustych dwóch pokoi, słyszał nie triumf rozsądku, lecz ciszę.
Agata nie miała wielkich bogactw. Czasem brakowało jej przed wypłatą. Czasem musiała odmówić sobie czegoś. Ale w jej domu pachniało zupą, czystym praniem i spokojem.
A na lodówce wisiała kartka, którą napisała sobie pierwszego dnia:
„Nie odkładaj życia na później. Później może nie przyjść.”
