Budzik zadzwonił o siódmej, ale pan Henryk i tak nie spał od piątej. Stawy bolały go tak, że leżenie w jednej pozycji stało się torturą. Dwanaście metrów kwadratowych. Łóżko. Szafka. Okno wychodzące na parking dla karetek. I półka z fotografiami – jedyne, co nie kruszyło się w palcach.
Kiedyś budził go gwar. Dom pod Poznaniem, duży, z werandą i warsztatem na tyłach. Syn pakował tornister, córka szukała drugiego buta, żona stawiała na stole talerze z jajecznicą. Zapach kawy wchodził nawet do piwnicy, gdzie pan Henryk przy warsztacie regulował mechanizm kolejnego zegara. Był zegarmistrzem. Starym, dobrym rzemieślnikiem. Ludzie przywozili mu pamiątki rodzinne z całego powiatu.
Teraz budzi go pisk respiratora zza ściany. Dom starców pod Swarzędzem. Oddział trzeci, pokój numer siedem.
Syn obiecywał, że to tymczasowo. Że za miesiąc, góra dwa, zabiera ojca do siebie. „Tylko niech tata dojdzie do siebie, bo u nas schody za strome”. Minęły cztery lata. Schody pewnie urosły.
– Panie Henryku, ciśnienie.
Przy łóżku stał pielęgniarz Marcin. Młody chłopak, może trzydzieści lat. Zawsze się uśmiechał, nawet o siódmej rano. Poprawiał poduszkę, mierzył ciśnienie, pytał, co się śniło. Pytał tak, jakby naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź.
– W normie – oznajmił. – Kawa będzie za dziesięć minut, jak zawsze. Przynieść od razu do pokoju?
– Nie – odparł pan Henryk. – Do jadalni. Muszę nogi rozprostować.
Skłamał. Nie chciało mu się iść. Ale w jadalni będzie chociaż trochę hałasu, a tego właśnie potrzebował. Hałasu, który zagłuszy ciszę.
O dziewiątej przyszła sprzątaczka. O dziesiątej przyniesiono obiad. O dwunastej pan Henryk usiadł przy oknie i otworzył notesik, ten w kratkę, z wytartą okładką. Zapisał datę. Pod datą – kreska. Tak jak codziennie. Kreska oznaczała, że nikt nie przyjechał. Żaden z dwójki dzieci. Żadne z pięciorga wnucząt. Żadna z dwóch prawnuczek, których imion już mylić zaczynał.
Córka dzwoni. Raz w tygodniu, w sobotę rano. Pięć minut rozmowy. Pogoda, zdrowie, „niech tata ciepło się ubiera”. Syn dzwoni rzadziej. Za to syn był tym, który załatwił miejsce w ośrodku. Załatwił szybko, sprawnie. Sprzedali dom, podzielili pieniądze. Sto osiemdziesiąt tysięcy na głowę, po odliczeniu podatku. Pan Henryk podpisał papiery, nie doczytał do końca. Ufał.
Wieczorem przyszła pani Halinka z pokoju obok. Siedemdziesiąt dziewięć lat, była nauczycielka fizyki. Lubiła siedzieć w milczeniu i patrzeć przez okno. Czasem grali w warcaby. Czasem po prostu milczeli razem, a to już było coś.
– Pana rodzina nie dzwoniła? – zapytała.
– Nie.
– Moja też nie.
Pani Halinka spojrzała na fotografię stojącą na szafce. Kobieta na zdjęciu miała jasne włosy i fartuch kuchenny w drobną kratkę.
– Żona? – upewniła się.
– Aniela. Czterdzieści osiem lat razem. Odeszła dziesięć lat temu.
– Mój mąż szesnaście. Też zawał.
Siedzieli chwilę bez słowa. Za oknem zapadał zmrok. Na parkingu zamrugały światła kolejnej karetki, sanitariusze gdzieś się spieszyli. Śpieszyli się zawsze gdzie indziej.
– Wie pani – odezwał się pan Henryk – ja im nawet nie mam za złe, że mnie tu umieścili. Rozumiem. Schody, praca, swoje życie. Ale dlaczego nie przyjeżdżają? Przecież tu jest trzydzieści minut drogi. Trzydzieści minut, Halinko.
Pokręciła głową.
– Mnie syn mówił, że nie może patrzeć, jak się starzeję. Że to dla niego za trudne.
– Za trudne – powtórzył z namysłem pan Henryk. – A dla nas? Myśmy na nich patrzyli, jak się rodzą. Jak chorowali. Jak spadali z roweru i rozbijali kolana. Też nie było łatwo jakoś. I nic, wytrzymaliśmy.
Ta rozmowa nie dawała spokoju do późnej nocy. Leżał, patrzył w sufit i przypominał sobie warsztat. Zapach oleju zegarmistrzowskiego Moebiusa. Pęsetę w palcach, lupę w oku. Cierpliwość potrzebną do uchwycenia najmniejszej sprężynki. Zegarek po dziadku, stary Patek, który przyniosła jakaś rodzina. Naprawił go w trzy dni. Nie wziął pieniędzy, powiedział, że to prezent na szczęście.
Teraz jego własny czas tykał gdzieś w ciemności.
Marcin, ten młody pielęgniarz, miał tej nocy dyżur. Zajrzał o północy, sprawdzić, czy wszystko w porządku.
– Nie śpi pan?
– Nie śpię.
– Coś podać? Herbatę? Melisę?
– Nie. Marcin, powiedz mi coś. Masz rodziców?
Marcin przysiadł na taborecie. Nie musiał tego robić, nie było to w jego obowiązkach.
– Mam. Mamę i tatę. Mieszkają pod Wrocławiem.
– Często dzwonisz?
Milczał chwilę. Za długo.
– Ostatnio rzadziej – przyznał. – Praca, wie pan. Zmęczenie. Odkłada się na jutro.
– Nie odkładaj – powiedział cicho pan Henryk. – To jutro nie zawsze przychodzi. Zawsze myślałem – zdążę porozmawiać z synem. O wszystkim. O tym, jak było naprawdę. O tym, co czułem, kiedy odchodziła jego matka. O tym, że go kocham, nawet jeśli nigdy nie umiałem tego powiedzieć. A teraz już nie zdążę, bo on nie przyjeżdża. Rozumiesz?
Marcin wstał powoli. W jego twarzy coś drgnęło.
– Rozumiem – szepnął.
Następnego dnia po południu stała się rzecz nieoczekiwana. Przy recepcji ktoś głośno zapytał o pana Henryka. Głos był męski, znajomy. Kroki na korytarzu ciężkie, nierówne. Drzwi się otworzyły.
Stanął w nich syn. Marek.
Pan Henryk siedział przy oknie z notesem w dłoni. Nie wstał. Nie uściskał. Patrzył tylko, jak Marek zdejmuje płaszcz, jak rozgląda się po ciasnym pokoju, jak szuka miejsca, żeby usiąść.
– Przepraszam, tato – zaczął. – Wiem, że dawno nie byłem. Praca. Wnuki ciągle chorują. Helenie też ostatnio coś dolega.
Pan Henryk zamknął notesik.
– Cztery lata, Marek. Cztery lata nie byłeś.
Syn spuścił wzrok.
– Przyjechałem, bo… musimy porozmawiać. O mieszkaniu. Twoim dawnym mieszkaniu, tym w centrum. Pamiętasz, to po babci, przy Dąbrowskiego. Jest kupiec. Daje trzysta dwadzieścia tysięcy, ale potrzebuję twojego podpisu u notariusza.
W pokoju zapadła taka cisza, że słychać było tykanie zegarka na ręce syna. Timex, tani kwarc, nic szczególnego – pan Henryk rozpoznał mechanizm od razu. Ale w tej chwili tykanie brzmiało jak uderzenia młota.
– To mieszkanie – powiedział wreszcie starzec. – Miało być dla twojej siostry. Obiecałem jej, zanim trafiłem tutaj.
– Justyna nie potrzebuje. Ona ma już swoje. Ma męża, pracę. A mnie by się przydało. Helena chce otworzyć gabinet kosmetyczny. Potrzebujemy wkładu własnego, dwadzieścia procent minimum.
– Więc przyjechałeś po pieniądze.
– Tato, nie tak…
– Przyjechałeś po pieniądze – powtórzył pan Henryk głosem spokojnym, jakby stwierdzał fakt techniczny. Jakby czytał instrukcję naprawy. – Cztery lata nie miałeś czasu. Pół godziny drogi. Ani razu. A teraz jesteś. I nawet nie udajesz, że chodzi o coś innego.
Marek poczerwieniał. Wstał, gwałtownie, aż krzesło odskoczyło z hałasem.
– Zawsze byłeś taki. Wszystko musiało być po twojemu. Poświęcałem się dla ciebie, a ty tylko patrzyłeś z boku i oceniałeś.
– Poświęcałeś się? – Pan Henryk też wstał. Wolno, z trudem, ale jednak. – Kiedy? Gdy sprzedawałeś mój dom? Gdy podpisywałeś papiery, a ja ci ufałem? Czy wtedy, gdy dzwoniłem do ciebie w dzień urodzin, a ty nie odebrałeś?
Syn ruszył do drzwi.
– Porozmawiamy, jak ochłoniesz.
– Nie ma o czym mówić. Mieszkanie przepisałem na twoją siostrę miesiąc temu. Notarialnie. Tak, żebyś nie mógł go ruszyć. Przyjedź za kolejne cztery lata, może wtedy będę już głuchy i nie usłyszę, czego znowu chcesz.
Marek trzasnął drzwiami. Kroki oddaliły się korytarzem. A pan Henryk stał jeszcze długo pośrodku pokoju, z dłonią przyciśniętą do piersi.
Wieczorem tego samego dnia Marcin przyniósł mu herbatę z cytryną, w kubku z logo Liptona, i usiadł obok łóżka.
– Słyszałem, że był syn – powiedział niepewnie.
– Był. Po pieniądze.
Marcin milczał chwilę, potem wyciągnął z kieszeni telefon.
– Ja po dyżurze zadzwoniłem do ojca. Rozmawialiśmy prawie godzinę. O niczym. O tym, że wymienił uszczelkę w kranie, że sąsiad kupił nowego Passerata, że zima będzie lekka, bo jarzębiny mało. Gadał i gadał, a na koniec powiedział: „Dobrze, że dzwonisz, synu”. I tyle.
Pan Henryk spojrzał na niego. W słabym świetle lampki nocnej twarz pielęgniarza wydawała się prawie chłopięca.
– To dobrze – powiedział starzec. – To bardzo dobrze.
Tej nocy pan Henryk spał twardo, bez snów. Obudził się o piątej, jak zawsze, ale tym razem nie odwrócił się odruchowo w stronę telefonu. Leżał i patrzył w sufit, na smugę światła z korytarza, i było mu jakoś tak… ani dobrze, ani źle. Po prostu pusto, ale w sposób lekki, a nie ciążący.
Nad ranem przyszła pani Halinka. Usiadła na brzegu krzesła i od razu powiedziała:
– Mój syn przyjedzie w niedzielę. Zadzwoniłam do niego. Wyjęczałam mu wszystko prosto w słuchawkę, Henryku. I on też chlipał po drugiej stronie.
– Przyjedzie?
– Obiecał. Mówił, że przywiezie sernik z karmelem, pamiętał, że lubię.
Spojrzała na fotografię żony pana Henryka, potem na jego twarz.
– A pański? Pański syn wróci?
Pan Henryk pokręcił głową. Sięgnął po notesik w kratkę. Otworzył na stronie z dzisiejszą datą. Zamiast kreski narysował mały, krzywy zegar. Bez wskazówek. Dorysował powoli, starannie, potem zamknął notesik i odłożył go na szafkę.
Pani Halinka patrzyła na ten rysunek, nie pytając o nic. Położyła dłoń na jego dłoni. Siedzieli tak, aż za oknem zrobiło się zupełnie jasno, a na korytarzu rozległy się pierwsze poranne głosy pielęgniarek.
O ósmej Marcin zajrzał, żeby zmierzyć ciśnienie.
– W normie – ogłosił z lekkim zdziwieniem. – Doskonałe parametry. Co pan robił w nocy?
Pan Henryk spojrzał na parapet. Usiadł tam gołąb i zaczął czyścić pióra, przekrzywiając łepek.
– Nic szczególnego. Proszę cię, Marcin, przynieś mi jutro nowy magazyn z krzyżówkami. Taki prawdziwy, z Panoramikiem, nie jakieś tam słabe.
– Przyniosę. A u pana Halinki ciśnienie też dziś lepsze.
Za oknem słońce odbijało się od szyb zaparkowanych samochodów. Gołąb sfrunął, zostawiając na parapecie tylko smugę po skrzydle i drobny ślad po łapce, który wyglądał prawie jak przecinek.
