Dwanaście par oczu

Borysław, gmina na końcu świata. Do najbliższego miasta czterdzieści kilometrów przez las, latem kurz, zimą zaspy po dachy. Autobus PKS przyjeżdża we wtorki i czwartki, o ile nie zepsuje się na wybojach. W Borysławiu zostało siedemdziesiąt dusz, sklep GS otwarty trzy razy w tygodniu i szkoła podstawowa z czterema klasami w jednej sali. I jest Bożena Kowalik, lat sześćdziesiąt cztery, nauczycielka, dyrektorka, woźna i psycholog w jednej osobie.

Pierwszego września stanęła przed tablicą, na której ktoś zostawił rysunek bociana. Dwanaścioro dzieci — od siedmioletniej Zosi, która pisała litery w zeszycie w trzy linie, po dwunastoletniego Patryka, który już zdawał sobie sprawę, że jest ostatnim rocznikiem w tej szkole. Bożena poprawiła chustkę na cienkim pasku i powiedziała cicho, żeby nikt poza nią nie słyszał: „No to zaczynamy kolejny rok”. Potem wyjęła kredę i na tablicy napisała duże „A”.

Lekcja matematyki. Bożena dyktowała zadanie o dwóch pociągach jadących z Warszawy do Gdańska. Dzieci pochylały się nad zeszytami, słońce wpadało przez okno i odbijało się w kałuży wody na parapecie — dach znowu przeciekał. Bożena chwyciła się krawędzi stołu, bo zabrakło jej tchu. Chciała powiedzieć: „Zapiszemy równanie”, ale zamiast tego z jej ust wyrwał się krótki, urywany jęk. Kreda wypadła jej z palców, potoczyła się po podłodze i zatrzymała przy bucie Patryka. Chłopiec zastygł, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Bożena osunęła się na krzesło, przyciskając dłoń do mostka. Twarz miała kredowobiałą, usta sine. Zosia krzyknęła: „Proszę pani!” i rozpłakała się, a Patryk wypadł z ławki, pobiegł do drzwi, krzycząc: „Pan Kowalik! Szybko!”. Dwójka starszych chłopaków rzuciła się do telefonu w sekretariacie. Ściany sali nagle stały się bardzo cienkie i bardzo zimne.

Marek Kowalik, mąż, usłyszał krzyk z podwórka, gdzie naprawiał płot. Wpadł do szkoły z młotkiem w dłoni, zobaczył żonę i nie musiał pytać. Chwycił jej dłoń, a potem już tylko czekali na karetkę, która jechała z miasta przez las, pełznąc po dziurach jak po torach przeszkód. Zosia trzymała Bożenę za kolano, a Patryk stał w progu i wpatrywał się w drogę, jakby chciał ją skrócić samą siłą patrzenia.

Bożena uczyła w Borysławiu od czterdziestu lat. Przyjechała tu z teczką pełną podręczników i z dwoma walizkami — jedna z ubraniami, druga z książkami. Po studiach w Olsztynie mogła zostać w mieście, ale powiedziano jej, że w Borysławiu nie ma komu uczyć. Pojechała z ciekawości, została z miłości. Pierwszej zimy mieszkała w pokoju przy szkole, paliła w piecu sosnowymi szczapami, które sama rąbała siekierą. Dzieci przychodziły do niej rano z soplami na rzęsach, pisały, siedząc w kurtkach, bo piec nie dawał rady ogrzać sali. Bożena gotowała im herbatę w czajniku, kroiła chleb ze smalcem, sprawdzała zeszyty przy lampie naftowej, bo prąd wyłączali po zmroku.

Na wiosnę chciała wyjechać. Dostała propozycję ze szkoły w Białymstoku, z własnym gabinetem, z cenzurką, z pensją, z której dało się żyć. Spakowała karton z książkami, zdjęła firanki, zamknęła pokój na klucz. Wtedy usłyszała pukanie. Na schodkach stało pięcioro dzieci — tyle ich wtedy było w całej szkole. Najstarszy, dziesięcioletni Tomek, trzymał w ręku bukiet przywiędłych mleczy i powiedział: „Niech pani nie jedzie. My obiecujemy, że będziemy grzeczni”. Bożena popatrzyła na te mlecze, na brudne kolana, na poważne oczy, i poczuła, że karton z książkami robi się nagle bardzo ciężki. Została.

Przez te dekady przewinęło się przez jej klasę ponad trzystu uczniów. Uczyła czytać, pisać, liczyć, ale też — jak zawiązać buty, jak podzielić się kanapką, jak nie bić młodszego brata, bo w domu ojciec bije. Znała każde dziecko po imieniu, znała imiona psów, które straszyły dzieci po drodze do szkoły. Wiedziała, że u Kasi w lodówce stoi tylko keczup, że Marek nie ma butów na zimę, że Weronika boi się ciemności, bo pijany ojciec gasi światło. I zawsze zostawiała w szufladzie biurka po dwa jabłka, po trzy kanapki, po parę rękawiczek wełnianych.

Karetka w końcu dojechała. Bożenę zabrano do szpitala powiatowego w Suwałkach. Rozpoznanie: rozległy zawał serca, potrzebna natychmiastowa operacja kardiologiczna. W Suwałkach nie było oddziału kardiochirurgii, trzeba było lecieć do Białegostoku. Termin za miesiąc, kwartał, może nigdy. Albo prywatnie: sto dwadzieścia tysięcy złotych. Kwota dla nauczycielki z pensją trzy tysiące na rękę — abstrakcja.

Marek sprzedał swój ukochany motocykl Junak, którego przez piętnaście lat polerował pastą w niedzielę. Sprzedał pług, kosiarkę rotacyjną, piłę spalinową i stary zegarek po ojcu. Zebrał czterdzieści tysięcy. Potem chodził po wsi, pukał do drzwi, zdejmował czapkę i mówił: „Bożena umiera. Trzeba zapłacić za operację. Dasz, ile możesz”. Nie patrzył ludziom w oczy, bo wstydził się tego żebrania.

A ludzie już wiedzieli. Na wsi pamięć ma długą. Najpierw przyszła pani Jadwiga, lat osiemdziesiąt, która zbierała na własny pogrzeb. Przyniosła słoik po ogórkach pełen zmiętych banknotów — trzy tysiące złotych. „Mnie się już nie spieszy”, powiedziała, kładąc słoik na stole. „A pani Bożena mojemu wnukowi Pawłowi pokazała, że da się z Borysławia pójść na studia”.

Potem przyszedł Grzegorz, ten sam Tomek z mleczami, teraz szef tartaku, z czerwoną twarzą i łapami jak deski. Położył na stole dwadzieścia tysięcy w banknotach dwustuzłotowych związanych gumką recepturką. „Chłopaki z zakładu zrzucili się, bo pani Bożena uczyła nas wszystkich. Bez niej bylibyśmy analfabetami”. Za nim młoda matka, Agnieszka, która kiedyś nie umiała przeczytać etykiety na leku. Przyniosła cztery tysiące — pieniądze odłożone na nową pralkę. „Niech pani Bożena pracuje dalej, pralkę kupię za rok”.

Ktoś przyniósł stary srebrny łańcuszek, ktoś obrazek Matki Boskiej, ktoś słoik miodu z karteczką: „Sprzedaj, to miód lipowy, wezmą cię za niego dobrze”. Reszta wsi dorzuciła się drobnymi kwotami, po sto, po pięćset złotych, aż suma dobiła do trzydziestu trzech tysięcy. Marek wszystko przyjmował, zapisywał na kartce, a potem szedł do kuchni i wycierał dłonie o spodnie, bo nie mógł patrzeć na ten stos.

Po dobie było sto tysięcy. Brakowało dwudziestu.

Grzegorz wsiadł do swojego rozpadającego się jelcza, który trzeszczał na każdym zakręcie, i pojechał do urzędu wojewódzkiego. Stał w sekretariacie w służbowej kurtce przepoconej olejem napędowym i mówił: „To nie jest prośba, to jest rachunek. Ta kobieta wychowała całą gminę. Ma pan zapłacić”. Urzędnik popatrzył na niego, poprosił o numer konta, ale nic nie obiecał. Tymczasem w lokalnej rozgłośni radiowej ktoś przeczytał list od dawnego ucznia, który napisał: „Pani Bożena nauczyła mnie, że lód nie jest straszny, jak się go nazwie. Dowiedziałem się, że jest chora. Nie wiem, jak to działa, ale znam kogoś, kto ma firmę”. I zadzwonił do radia człowiek, który prowadził sieć aptek w Białymstoku. Powiedział, że też pochodzi z wsi, też miał taką nauczycielkę. Przelał brakujące dwadzieścia tysięcy. Anonimowo. „Proszę jej powiedzieć, że ktoś, kto dzięki niej nie został idiotą, dziękuje”.

Kiedy Marek dowiedział się, że suma się zgadza, usiadł na krześle w kuchni i przez dziesięć minut wpatrywał się w czarny kwadrat na ścianie po zdjętym zegarze. Potem pojechał do szpitala. Bożena leżała pod kroplówką, blada, z rurkami w nosie. Wziął jej dłoń i powiedział: „Zbieramy cię. Cała wieś. Sprzedałem Junaka, Grzegorz się zrzucił, Jadwiga dała na pogrzeb, a jeden gość z miasta przelał dwadzieścia tysięcy. Ludzie od rana do nocy myślą tylko o tobie”. Bożena mrugnęła, a po policzku spłynęła jej jedna łza, wolno, jakby miała daleko.

Operacja w Białymstoku trwała sześć godzin. Panią Bożenę reanimowano raz na stole, ale serce wytrzymało. Chirurg po wszystkim powiedział Markowi: „Trzy bypassy. Będzie żyła, jeśli się oszczędza”. A Markowi zrobiło się słabo, więc oparł się o framugę i wyobraził sobie, jak Bożena wraca na wieś i znowu bierze do ręki kredę.

Po trzech tygodniach wracała. Wypis, zalecenia, zakaz wysiłku. Marek prowadził fiata pandę przez lasy, a Bożena trzymała na kolanach torbę z lekami. Nie uprzedzili nikogo. Chcieli wjechać cicho, bez szumu. Tylko że ktoś zawiadomił baby w sklepie, a baby zawiadomiły resztę.

Na wjeździe do Borysławia, przy kapliczce z figurą Matki Boskiej, czekała cała wieś. Sześćdziesiąt osób. Dzieci trzymały bukiety z rumianków i chabrów zerwanych nad rzeką. Ktoś powiesił między topolami stare prześcieradło z napisem farbą: „PANI BOŻENO, WRACAJ DO NAS”. Ktoś grał na akordeonie, fałszując, ale z zapałem.

Bożena wysiadła z pandy, opierając się na Marku i na lasce. Zrobiła trzy kroki i przystanęła. Wtedy podbiegły dzieci. Zosia zaczepiła się o jej laskę i krzyknęła: „Proszę pani, ja umiem już całą tabliczkę mnożenia do pięćdziesięciu!”. Patryk, dwunastolatek, stał z boku i udawał, że nie płacze, ale trzęsły mu się ramiona. Bożena wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po policzku. Chłopak szarpnął się, potem objął ją i wreszcie ryknął, jak dziecko.

Potem była uczta na boisku szkolnym. Stoły zbito z desek po tartaku, położono na nich lniane obrusy. Ktoś przyniósł bigos, ktoś pierogi z jagodami, ktoś kwas chlebowy i kompot z porzeczek. Bożena siedziała na krześle, otoczona dziećmi, i patrzyła, jak Kasia dzieli się kanapką z Weroniką, a Marek stoi przy grillu z karkówką i śmieje się do Grzegorza. Na horyzoncie zbierały się chmury, ale nad wsią było czyste niebo.

Minęły trzy miesiące. Bożena wróciła do szkoły, mimo zakazu lekarza. Nie mogła inaczej, bo w sali czekało dwanaście par oczu. Rano, punkt ósma, otwierała drzwi kluczem z breloczkiem w kształcie biedronki, wietrzyła salę, ustawiała kredę. Wieczorem sprawdzała zeszyty, pisała uwagi czerwonym długopisem: „Brawo, ale jeszcze poćwicz odejmowanie jedności”. W niedzielę gotowała rosół dla chłopców, którzy przychodzili do niej grać w szachy.

Aż przyszło lato i Bożena podjęła decyzję. Zamówiła wizytę u notariusza w Suwałkach. Marek zawiózł ją, postawił przed biurkiem, sam stanął pod ścianą. Bożena położyła na blacie dwa dokumenty: akt własności domu i kartkę z własnoręcznie spisanym testamentem. Poprawiła okulary, odczytała notariuszowi: „Ja, Bożena Kowalik, oświadczam, że dom w Borysławiu przy ulicy Szkolnej 4 zapisuję gminie na wiejską bibliotekę i mieszkanie dla przyszłego nauczyciela. To nie jest podarunek. To zapłata za moje klucze do szkoły”. Notariusz popatrzył na Marka, Marek wzruszył ramionami.

— Żono, ten dom to cały nasz majątek.

— Marek, to jest cegła za cegłą dzieci. One mi dały sto dwadzieścia tysięcy serca. Ja im daję dach.

Podpisała. Wręczyła notariuszowi dowód osobisty, a potem wyjęła z torebki kopertę i położyła ją na biurku. W kopercie był czek na osiem tysięcy złotych — oszczędności, które odkładała latami z dodatków wiejskich i trzynastek. „Proszę to przelać na fundusz remontu dachu szkoły. Cieknie mi na głowę, a dzieciom woda kapie na zeszyty”.

Marek długo milczał. Potem podszedł, wziął klucze od pandy, otworzył drzwi dla Bożeny. Wracali przez Puszczę Augustowską, a on zerkał na nią co chwilę. Miała twarz spokojną, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechała do Borysławia. Tylko że teraz w bagażniku miała własne szkolne dzienniki i torbę z lekami.

Zatrzymali się na parkingu przy leśniczówce. Marek zgasił silnik, odpiął pas. Zauważył, że Bożena zdejmuje z szyi łańcuszek z medalikiem, ten od ciotki. Zdjęła go, zawinęła w chusteczkę i wsunęła do skrytki w desce rozdzielczej. „To dla Piotrusia”, powiedziała. „W piątek kończy dziewięć lat. Nie mam nic innego, a on powiedział, że jak dorośnie, to też będzie nauczycielem”. Marek zapiął jej pas z powrotem, bo się poluzował.

Na wsi czekały dzieci. Zosia siedziała na murku przed szkołą z własnoręcznie napisaną kartką: „Pani Bożeno, ja potrafię już przeczytać całą książkę o żubrze”. Bożena wzięła kartkę, poprawiła jej wstążkę we włosach. Potem otworzyła czarną teczkę, którą trzymała pod pachą. W teczce był nowy plan lekcji dla dwunastu dzieci. I zaświadczenie od notariusza.

Marek zgarnął z ziemi patyk, narysował nim na żwirze duże „B”. „Zawsze lubiłem tylko dwie litery: B od Bożeny i C od cierpliwości”. Bożena popatrzyła na ten napis i powiedziała: „To ja biorę się za pisanie”. Wtedy od strony lasu dobiegł ich szum wiatru. Nie był to zwykły szum. Zdawało się, jakby dzwoniły szkolne dzwonki, a każde uderzenie niosło nazwisko jednego dziecka. Dwanaście dzwonków, dwanaście głosów, jeden rok szkolny.

A w kieszeni Marka leżały klucze od domu, który już nie był ich, ale jeszcze przez jeden wieczór pachniał szarlotką, pastą do podłogi i zwykłym, ludzkim strachem o to, co będzie jutro.

Like this post? Please share to your friends:
Odissea
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: