Wracałam z pracy później, niż planowałam. Na Wajdeloty w Gdańsku pachniało deszczem i spalonym olejem ze starej pizzerii. Niosłam jeszcze ciepłą rozkoszówkę z bazyliką, bo wiedziałam, że Robert znów zapomniał zjeść, a jego bliźniaki pewnie marudzą. W tej samej chwili, gdy przekręcałam klucz w zamku, dobiegły mnie dziecięce głosy i głuchy dźwięk przesuwanej szafy. Pchnęłam drzwi i zamarłam.
W przedpokoju stały dwa plecaki z motywem kosmosu i cztery wypchane torby. Obok kręcili się Piotrek i Pawełek, synowie Roberta z pierwszego małżeństwa. Sam Robert — mój mąż — właśnie postawił na podłodze ostatnią pakę, ciężką od plastikowych pudełek.
— Co jest? — zdjęłam mokrą kurtkę i patrzyłam to na torby, to na niego.
— Martuś, spokojnie — uniósł ręce, jakby już sam nie wierzył w to, co za chwilę powie. — To tylko na miesiąc. Może dwa. Okoliczności się zmieniły.
— Okoliczności? Umawialiśmy się, że dzieci mieszkają z Weroniką. Kropka. W środę, z walizkami, bez słowa — to się nazywa przeprowadzka, nie okoliczności.
Chłopcy wyczuli napięcie i stanęli przy torbach jak dwa spłoszone wróble. Miałam ochotę wybuchnąć, ale zamiast tego przykucnęłam przed nimi.
— Chłopaki, w dużym pokoju na półce jest Lego. Idźcie budować, a ja z tatą chwilę porozmawiam.
Kiedy drzwi się zamknęły, Robert ruszył w głąb mieszkania, ale ja zastąpiłam mu drogę. To moje mieszkanie. Mojej babci Zofii, z widokiem na kasztan i pękniętą szybę w piwnicy, o którą od piętnastu lat nikt nie dba.
— Robert, ty na poważnie? Nawet nie zapytałeś.
— A co miałem zrobić? To moi synowie! Chcesz, żeby spali na klatce?
— Ciekawe. Dwa lata temu przed ślubem przysięgałeś, że chłopcy zostają u matki. Pamiętasz? Czy twoja pamięć działa jak menu w tanim barze — tylko to, co ci pasuje?
— Tymczasowo!
— Tymczasowo to sobota i niedziela. Dwie torby i trzy miesiące to przeprowadzka. Czujesz różnicę?
Robert westchnął i oparł się o framugę. Siegnęłam po telefon. Nie zamierzałam robić awantury — miałam zamiar zrozumieć, kto tu gra w otwarte karty. Wybrałam numer teściowej.
— Pani Janino, dobry wieczór. Wie pani, że Robert wprowadził do mnie Piotrka i Pawełka? Na stałe, z rzeczami.
Po drugiej stronie zapadło milczenie. Dłuższe, niż trzeba. W końcu jej głos — zduszony, zaskoczony.
— Martusia, ja nic o tym nie wiem. Ani słowem się nie odezwał. Jak to na stałe?
— Dwie duże torby, plecaki i słowa „miesiąc, może dwa, może trzy”. Pytam więc: to rodzinny plan, czy jego improwizacja?
— Boże… Marta, ja ci tak wdzięczna za cierpliwość do chłopców. Przecież on i tak co weekend znika, a ty siedzisz z nimi w parku. Porozmawiam z nim.
— Dziękuję. Ale ja to załatwię po swojemu. Potrzebuję tylko adresu Weroniki. Chcę spytać, dlaczego nagle oddała dzieci.
Teściowa podała mi ulicę, numer domu i mieszkania. Zielna 8, lokal dwanaście. Robert pobladł.
— Po co ci jej adres? Co kombinujesz?
— A czemu bledniesz? Jak wszystko jest czyste — to czego się bać?
Nie odpowiedział. Zaczął pakować nerwowo swoją saszetkę, mamrocząc o pilnym wyjeździe służbowym. Rano zniknął, zanim wstałam.
Zawiozłam chłopców do Janiny. Stała w progu, zapach naleśników unosił się z kuchni.
— Martusia, wybacz mu — dotknęła mojej dłoni. — Nie wiem, co się z nim dzieje. Mnie też okłamuje.
Uśmiechnęłam się krzywo. Godzinę później stałam pod drzwiami lokalu dwanaście na Zielnej. Stara kamienica, zielona klatka ze śladami po rowerach. Zadzwoniłam.
Kroki. Dźwięk otwieranego zamka. Drzwi uchyliły się i zobaczyłam Roberta. Bez koszuli, w rozdeptanych kapciach. Za jego plecami w przedpokoju wisiał damski płaszcz — ten sam, który Weronika miała na sobie podczas rozwodu dwa lata temu. Czuć było świeżo parzoną kawę i perfumy, nie moje.
Staliśmy tak kilka sekund. Jego twarz przeciągnęła się, usta zostały rozchylone. Wyglądał jak kot przyłapany na kuchennym blacie z pstrągiem w zębach — rybę już połknął, ale niewinnej miny nie zdążył zrobić.
— Marta! Ja tu tylko… ciekła rura, dzwoniła, pomagałem…
Nie czekałam. Zeszłam po schodach, wyszłam na podwórko i wybrałam numer adwokata.
Zresztą, po kolei.
W mojej głowie układał się plan. To mieszkanie było moją własnością jeszcze przed ślubem. Żaden metr kwadratowy nie należał do Roberta. Tymczasem ja co weekend karmiłam dzieci z jego poprzedniego związku, płaciłam za korepetycje z matematyki, prałam koszulki, a on — jak właśnie zrozumiałam — grał w dom z byłą żoną.
Zadzwoniłam do ślusarza. Pan Zdzisław zjawił się po godzinie. W tym czasie spakowałam rzeczy chłopców do tych samych kosmicznych plecaków, dołożyłam ich kurtki. Do mężowskiej torby włożyłam maszynkę do golenia, ulubiony krawat i ładowarkę. Żadnych sentymentów, tylko logistyka. Na stoliku w przedpokoju położyłam plik dokumentów — własność mieszkania, brak wpisu do księgi wieczystej po jego stronie, mój akt notarialny darowizny od babci.
Pan Zdzisław wymienił dwa zamki w drzwiach wejściowych. Zapłaciłam mu czterysta dwadzieścia złotych gotówką i poprosiłam o dodatkowy komplet kluczy dla siebie. Stare klucze wrzuciłam do torebki.
Potem usiadłam przy kuchennym stole i czekałam.
Robert wrócił przed dziewiętnastą. Najpierw usłyszałam szuranie — próbował włożyć swój klucz, który nie pasował. Potem pukanie, coraz głośniejsze. Otworzyłam drzwi na łańcuchu.
— Marta, co to za żarty?! — twarz miał czerwoną, w dłoni ściskał bezużyteczny klucz.
— To nie żarty. Twoje rzeczy i chłopców stoją na wycieraczce. Możesz je zabrać. Klucz nie działa, bo zamki są nowe. To mieszkanie jest moje, a ty od dziś masz zakaz wstępu.
— Oszalałaś! A gdzie ja pójdę z dziećmi?
— Do Weroniki. Na Zielną 8. Tam, gdzie pachnie jej perfumami i gdzie, jak widzę, mieszkasz od jakiegoś czasu.
— Marta, to nie tak… błąd… to chwilowe…
— Robert, nie ma chwilowych zdrad. Ani chwilowych przeprowadzek bez pytania. Mówiłeś: miesiąc, dwa. Ja mówię: koniec gry.
Sięgnęłam po kopertę leżącą na półce przy lustrze — tę z pieczęcią kancelarii adwokackiej.
— Pozew rozwodowy z winy twojej jest już złożony. Koszt całej sprawy, z opłatami sądowymi i pełnomocnictwem, to na razie dwa tysiące osiemset złotych. Zapłaciłam dzisiaj przelewem. Jeśli będziesz chciał walczyć o cokolwiek, dorzucę jeszcze trzy i pół tysiąca na rzeczoznawcę. Mieszkanie i tak zostanie ze mną.
Zamknęłam drzwi przed jego zdumioną miną i słuchałam, jak długo jeszcze stał na klatce, zanim usłyszałam dźwięk odjeżdżającej windy. Potem zaparzyłam sobie tę samą rozkoszówkę, teraz już zimną, i zjadłam ją na parapecie, patrząc na mokry kasztan.
Pani Janina zadzwoniła późnym wieczorem. Nie przepraszała. Po prostu zapytała, czy może sobie odebrać kredens po ciotce, który stał u nas w sypialni. Odpowiedziałam, że owszem, o ile przedtem przeleje mi na konto sześćset złotych za pralkę, którą kupiłam na spółkę z jej synem, a której on nigdy nie używał. Zgodziła się. Drobiazg, ale daje satysfakcję.
Weronika nie dzwoniła. Zresztą nigdy nie miała mojego numeru.
