Pani Maria przyjechała do Wrocławia pod koniec sierpnia.
W jej wsi pod Kępnem powietrze pachniało już dymem z palonych łętów ziemniaczanych, mokrą ziemią i późnym latem. Syn, Paweł, sam po nią przyjechał starą srebrną skodą, którą jeździł po mieście jako kierowca na aplikacji.
— Mamo, po co masz tam sama siedzieć? — mówił, wkładając jej walizkę do bagażnika. — Kuba idzie do pierwszej klasy. Pomożesz trochę, przypilnujesz lekcji. Tobie też będzie weselej niż gadać do kota.
Maria nie protestowała. Miała sześćdziesiąt dziewięć lat, proste plecy, siwe włosy farbowane tanią farbą na kasztan i dłonie cienkie, spracowane, jakby całe życie przesiewały świat przez palce.
Na wsi była „Marią od pszczół”. Z mężem, Stanisławem, mieli kiedyś dużą pasiekę. Miód lipowy, gryczany, wielokwiatowy — ludzie przyjeżdżali po niego z miasta. Potem Paweł się ożenił, wziął kredyt, remont, dziecko, raty. Rodzice dawali, ile mogli. Stanisław tylko wzdychał:
— Młodym trzeba pomóc. My już swoje mamy.
Nie mieli dużo, ale oddawali dużo. A kiedy Stanisław zmarł nagle na serce, Maria sprzedała resztę uli. Ostatnie pieniądze poszły na spłatę zaległych rat Pawła.
Mieszkanie syna wydawało się ogromne: trzy pokoje, jasna kuchnia, balkon w szybach. Ale kiedy Maria weszła do środka, od razu poczuła, że nie ma tam dla niej miejsca. W przedpokoju leżały buty synowej, torby zakupowe, kurtki. W łazience półki uginały się od kremów, lakierów i flakonów. W małym pokoju, który miał być jej, stała rozkładana kanapa, deska do prasowania i szafa wypchana sukienkami Moniki.
— Pani Marysiu, tu pani będzie spała — rzuciła synowa, nawet nie podnosząc oczu znad telefonu. — Półkę w szafie później zwolnię. Dzisiaj nie dam rady, mam klientki.
Monika pracowała w salonie paznokci. Miała czerwone paznokcie, jasne włosy i głos szybki jak maszyna do szycia.
Tylko Kuba ucieszył się naprawdę. Wpadł na babcię, objął ją za biodra i zawołał:
— Babciu, będziesz ze mną pisać literki?
— Będę, skarbie. Po to przyjechałam.
Dla tego „babciu” Maria postanowiła wytrzymać wszystko.
Pierwszego września po akademii Monika wróciła z pracy zmęczona i rozdrażniona. Maria ugotowała rosół i pomidorową, bo nie wiedziała, co mały woli. Nakryła do stołu. Monika otworzyła szufladę, wyjęła dwie łyżki — dla siebie i syna — usiadła i zaczęła jeść, mówiąc do telefonu:
— No mówię ci, dziś wszystkie matki oszalały z tym pierwszym września.
Maria przez chwilę patrzyła na pustą stronę stołu przed sobą.
— A dla mnie łyżka? — zapytała cicho.
Monika mrugnęła.
— A pani też będzie teraz jadła? Myślałam, że pani już próbowała przy gotowaniu.
Paweł wrócił późno. Maria nie powiedziała nic. Tylko umyła garnki, położyła Kubę spać i długo siedziała w małym pokoju na kanapie, trzymając w dłoni starą chusteczkę Stanisława.
Od tamtego dnia jej życie w mieszkaniu syna stało się służbą bez nazwy. Rano śniadanie, szkoła, powrót, obiad, lekcje, pranie, sprzątanie, wieczorem bajka. Monika zostawiała listy:
„Odebrać paczkę.”
„Nie dawać Kubie słodyczy.”
„Ugotować coś lekkiego.”
„Wyprasować koszule Pawła, jak będzie chwila.”
Chwili nie było nigdy.
Maria nie skarżyła się, bo Kuba ją kochał. Siadał przy niej z zeszytem, krzywił literki i pytał:
— Babciu, a dziadek naprawdę miał pszczoły?
— Miał. I mówił, że pszczoły nie znoszą krzyku.
— To mama by im się nie spodobała?
Maria zakrywała uśmiech dłonią.
Najgorsze przyszło w listopadzie. Monika zaczęła mówić o sprzedaży wiejskiego domu Marii.
— Pani Marysiu, po co pani ta ruina? Zimą pusto, latem chwasty. Sprzeda się, będzie wkład na większe mieszkanie. Kuba potrzebuje osobnego pokoju, a pani przecież i tak już z nami.
Paweł siedział przy stole i milczał.
— To jest mój dom — powiedziała Maria.
— Dom? — Monika prychnęła. — Dom jest tam, gdzie rodzina. A rodzina jest tutaj.
Maria spojrzała na syna.
— Pawle?
— Mamo, Monika ma trochę racji. Tobie samej ciężko. A nam większy metraż by się przydał.
Wtedy coś w niej pękło. Nie głośno. Nie z krzykiem. Po prostu cicho odpadł ostatni kawałek złudzenia.
Wieczorem wyjęła z walizki teczkę. Były tam stare umowy, potwierdzenia przelewów, akt sprzedaży pasieki. Wszystko, co przez lata dawała synowi. Położyła dokumenty na stole.
— Pamiętasz, z czego był wasz pierwszy wkład? — zapytała.
Paweł zbladł.
— Mamo, po co to teraz?
— A pamiętasz, ile uli sprzedał ojciec? Ile nocy nie spał, kiedy zalegałeś z ratami?
Monika przewróciła oczami.
— No i co? Rodzice pomagają dzieciom.
Maria spojrzała na nią spokojnie.
— Pomagają. Ale nie po to, żeby potem dzieci liczyły ich łyżki.
Kuba stał w drzwiach z zeszytem. Słyszał wszystko.
— Babciu, ty płakałaś? — spytał.
Maria podeszła do niego i pogłaskała po głowie.
— Nie, skarbie. Tylko już czas wracać do domu.
Paweł poderwał się.
— Mamo, nie przesadzaj.
— Ja przesadzałam przez całe życie. Pieniądze do was, miód do was, siły do was. Teraz pierwszy raz zrobię coś dla siebie.
Następnego dnia kupiła bilet. Kuba płakał, obejmując ją za szyję.
— Babciu, kto mi pomoże z czytaniem?
— Będziemy czytać przez telefon. A na ferie przyjedziesz do mnie. Jeśli tata naprawdę będzie chciał.
Paweł odwiózł ją na dworzec. W samochodzie milczał prawie całą drogę. Dopiero pod peronem powiedział:
— Mamo, ja nie widziałem, że to tak wygląda.
— Bo nie patrzyłeś, synku.
To było najboleśniejsze zdanie, jakie mu powiedziała.
Wróciła do wsi. Dom był zimny, ale swój. Sąsiadka przyniosła drewno, kuzyn naprawił piec, a Maria pierwszy raz od miesięcy zjadła obiad przy stole, gdzie każda łyżka miała swoje miejsce.
Na wiosnę kupiła trzy ule. Nie dużo. Tyle, ile mogła obsłużyć. Kuba przyjechał na ferie i uczył się z nią rozpoznawać pszczoły.
Paweł przyjechał dopiero w maju. Sam. Bez Moniki. Przyniósł kwiaty i mały słoik miodu kupionego w sklepie.
— Chciałem przeprosić — powiedział.
Maria popatrzyła na sklepowy miód i uśmiechnęła się smutno.
— Za to, że pozwoliłeś jej mnie nie widzieć, czy za to, że sam też przestałeś?
Paweł usiadł na progu.
— Za jedno i drugie.
Nie rzuciła mu się na szyję. Nie była już tą matką, która naprawiała wszystko za syna. Ale zaparzyła herbatę i postawiła przed nim łyżkę.
W końcu matka może przebaczać długo.
Ale nie musi już karmić tych, którzy zapomnieli zaprosić ją do własnego stołu.
