— Ciociu, jeśli naprawdę jesteś rodziną, przepiszesz nam domek na wesele. Inaczej nie musisz przychodzić.
Krystyna odłożyła sekator na drewniany stół i przez chwilę patrzyła na swoją siostrzenicę tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie pomylił człowieka z bankomatem.
Jej dom pod Kazimierzem Dolnym nie był zwykłą działką. Był miejscem, które budowała po śmierci męża kawałek po kawałku: sosnowe schody, jasna kuchnia, weranda z winoroślą, hortensje przy furtce, mały sad i kamienny grill, na który odkładała z każdej premii.
Miała sześćdziesiąt lat i żadnych dzieci. W rodzinie uznano więc, że wszystko, co posiada, jest „przyszłym wspólnym dobrem”.
Pomysł pojawił się w kawiarni.
Jej kuzynka Teresa przyprowadziła córkę, Paulinę, która szykowała wesele z narzeczonym Kamilem. Najpierw były komplementy. Że Krystyna świetnie wygląda. Że jej domek to raj. Że ma smak, klasę i „taką duszę”.
Potem Paulina odłożyła telefon i powiedziała:
— Chcemy wesele w stylu rustykalnym. Twój dom jest idealny.
— Na jeden dzień? — spytała Krystyna ostrożnie. — Nie, kochanie. To prywatny dom, ogród jest delikatny, trawnik…
— Nie na jeden dzień — przerwała Teresa. — Myślałyśmy, że podarujesz im dom.
Krystyna najpierw uznała, że się przesłyszała.
— Podaruję?
Paulina uśmiechnęła się tak, jakby prosiła o wazon.
— Ciociu, ty jesteś sama. Po co ci tyle metrów? A my jesteśmy młodzi, nie chcemy kredytu na trzydzieści lat. Zrobimy sobie tam życie. Tobie pozwolimy przyjeżdżać czasem na weekend.
Pozwolimy.
To słowo zamknęło rozmowę szybciej niż jakiekolwiek „nie”.
— Ten dom nie jest prezentem ślubnym — powiedziała Krystyna spokojnie. — I nigdy nim nie będzie.
Paulina spurpurowiała.
— To nie zaproszę cię na ślub.
Krystyna parsknęła śmiechem. Nie pięknym, salonowym śmiechem. Prawdziwym.
— Dziecko, właśnie zażądałaś domu wartego kilka milionów w zamian za talerz rosołu i kawałek tortu.
Wyszła z kawiarni, zostawiając pieniądze za kawę.
Potem zaczęło się rodzinne przedstawienie. Telefon dzwonił codziennie. Ciotki tłumaczyły, że „młodym trzeba pomóc”. Wujkowie pisali, że „do grobu tego nie zabierze”. Teresa rozpowiadała, że Krystyna zwariowała z samotności.
Krystyna odpowiadała jedno:
— Jeśli tak wam zależy, kupcie im dom wspólnie. Mój nie jest do podziału.
Ale znała Teresę. Wiedziała, że obrażona rodzina potrafi być gorsza niż obcy. Zadzwoniła do prawniczki, sprawdziła księgę wieczystą, zmieniła zamki i zamontowała kamery.
Tydzień przed weselem wzięła wolny piątek. Pracowała na werandzie z herbatą, kiedy pod bramę podjechał biały bus z cateringiem. Za nim samochód Teresy. Z auta wysiadła Paulina w dresie, z organizerem ślubnym w dłoni.
— Rozstawiamy stoły na trawniku! — komenderowała Teresa. — Namioty przy grillu, kwiaty pod werandą!
Krystyna wyszła zza winorośli.
— A kto wam pozwolił wejść?
Paulina zapiszczała.
— Ciociu! Przecież jutro wesele! Goście już wiedzą, że poprawiny będą tutaj!
— To macie problem organizacyjny.
Teresa zaczęła szukać w torebce starego klucza.
— My jesteśmy rodziną!
— A ja jestem właścicielką. Kamery nagrywają dźwięk. Jeśli ktokolwiek dotknie zamka, za pięć minut jest policja.
Pracownicy cateringu spojrzeli po sobie i zaczęli pakować skrzynki z powrotem.
— My w włamanie nie wchodzimy — powiedział kierowca.
Paulina płakała ze złości.
— Zniszczyłaś mi ślub!
— Nie, Paulino. Ja tylko nie pozwoliłam, żeby mój dom stał się twoim prezentem bez mojej zgody.
Odjechali w kurzu.
Następnego dnia Krystyna wyłączyła telefon. Przesadzała lawendę, podlała hortensje, upiekła sobie łososia na grillu i nalała kieliszek wina.
Wieczorem usiadła na werandzie, patrząc, jak słońce znika za sosnami.
Nie była zaproszona na wesele.
I pierwszy raz od dawna czuła, że dostała najlepszy prezent: święty spokój we własnym domu.
